10 października 2004

# 65

W końcu jestem. Od dwóch tygodni mam wyrzuty sumienia, że nie potrafię się skupić, siąść na tyłku i napisać czegoś, ale doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny - niestety.

Wyjeżdżaliśmy z Kriczr razem już kilka razy i zawsze wszystko jakoś się udawało. Rok temu, mimo tłumów w Łebie i zapewnień miejscowych, że nic nie znajdziemy, trafiliśmy do świetnego i niedrogiego pokoju, potem Sylwester w Kudowie - obdzwaniałam wszelakie stancje i pensjonaty, a tu każdy mi mówił Paaaani, ludzie to już w sierpniu rezerwowali, nic pani nie znajdzie, a był listopad i myślałam, że to i tak wcześnie. Ale się udało i to jeszcze jak się udało.
Tymczasem nasz egzotyczny tunezyjski wypad był zdecydowanie wyjazdem pomyłek tragikomicznych, ale takie jest życie jak widać. No i równowaga być musi. No ale od początku.

Najpierw pomyliliśmy dzień wylotu. Wpadamy na lotnisko, a tu pustki; biuro gdzie mieliśmy odebrać bilety - zamknięte, obsługa lotniska spanikowana, że jeszcze dzisiaj jakiś wylot, o którym nie wiedzą, my oboje już oblani nerwowym rumieńcem... Okazało się, że lecimy na drugi dzień, oczywiście przy odprawie witano nas ironicznymi uśmieszkami - ooo, to ci co się tak na wakacje spieszyli...

Potem - zginął mój bagaż. Wiedziałam, że coś będzie nie tak, miałam przez cały czas uczucie takiego nieokreślonego niepokoju. Uspokoiłam się dopiero, kiedy okazało się, że jakaś nierozgarnięta pinda zgarnęła moją walizkę, biorąc ją za swoją - oczywiście wcześniej byłam już w stanie megahisterii i miałam stan przedzawałowy, ale dobrze, że Żużu w tym związku jest tym, kto zachowuje zimną krew, chociaż widziałam, że jego już też nosiło.

W autokarze, który wiózł nas z lotniska do hotelu odstresował nas dopiero mówiący po polsku Arab, który miał się nami zaopiekować i powiedzieć co i jak.
U nas nie ma dobra gorzała i dobre jabole. Są tylko dobre wino. A ja lubię jabole. Bardzo lubię. Dawał nam dobre rady, jak to trzeba się z jego ziomalami targować, bo cena początkowa jest często wielokrotnością tej właściwej (przekonałam się potem sama - kupiłam chustę za 8 DT, facet chciał 65), opowiadał o medynie... Tam w medina są różne pamiątki, suwenira, można kupić dla sąsiad, jak ktoś ma dobry sąsiad.

A potem zaczął się raj - wylegiwanie się na plaży przy 40 stopniach, wspólne sikanie w morzu, ostre jumanie jedzenia ze stołówki, którego nie można było wynosić (jak mieliśmy wytrzymać w trybie ekonomicznym, jeśli śniadanie kończyło się o 10, a obiadokolacja zaczynała o 18.30???), potem nacięli nas dilerzy, bo sprzedali nam coś, co miało być gramem zioła, choć z pewnością nim nie było, dużo przytulania, dużo troszczenia się o siebie, łaszenia i ocierania pupą o pupę w nocy.

No i wycieczka - wydaliśmy większość naszych pieniędzy na dwudniowe szaleństwo po południowej Tunezji, w sumie 1400 km, wielbłądy w Douz - Bramie Sahary, wschód słońca na środku pustyni, jazda jeepami po górach, Amfiteatr Rzymski z III w. p.n.e. w El Jem, Matmata gdzie kręcono Star Wars (mój osobisty Jedi miał chyba miniorgazm), jaskinie Berberów, gaje oliwne, oazy, palmy, które aż się uginają pod ciężarem daktyli, zalane miasteczko Chebika, górskie strumienie w Tamerzie, meczet w Kairouanie... Dwa dni skumulowanych maksymalnie wrażeń i niesamowitych widoków.

A potem powrót do rzeczywistości - bo Tunezja jest krajem strasznie biednym i zacofanym, i na pewno jeszcze długo takim pozostanie. Wszystkie te niesamowite miejsca sprawiły, że zapamiętaliśmy więcej pozytywów - i dobrze, ale wystarczy odejść kawałek od bogatszej, hotelowej dzielnicy, wejść w pierwszą boczną uliczkę i zobaczyć prawdziwe życie w strasznej biedzie i ciemnocie. Razi najbardziej brud - ludzie rzucają śmieci pod nogi i nikt się nie oburza, chociaż kubeł stoi zaraz obok. Plaże hotelowe są zadbane, a wystarczy wejść na tą miejską, żeby wbić sobie szkło w stopę.
Oprócz tego jest straszne bezrobocie, co widać gołym okiem, bo po ulicach włóczą się grupy gówniarzy, którzy zupełnie nic nie robią - chyba że jeżdżą samochodami i to są przejażdżki pokazowe typu cruisin' z włączoną na full muzyką.

Arabowie zmęczyli nas strasznie - swoim namolnym sposobem zachowania potrafią wykończyć każdego, tak więc krajom arabskim na kilka najbliższych sezonów letnich raczej podziękujemy, mimo, że to naprawdę piękne miejsce. Morze jest tak czyste, że dno widać na głębokości kilku dobrych metrów, woda cieplutka, widoki zapierają dech - wstyd nie pojechać na tę wycieczkę. Ale to jest relaks dla wytrwałych, bo wystarczy kontakt wzrokowy, wystarczy że zauważą minimum zainteresowania ze strony klienta i już chcą ci sprzedać wszystko co się rusza, oczywiście half a prize my friend, for you only 10 dinars, are you from Poland?, aaa dżen dobri, take this, this is for free, but only 10 dinars...

A dzień dobry po arabsku to chyba "Haszmarihuana", bo słyszeliśmy to od mijających nas miejscowych po kilkanaście razy dziennie.

Aaaa, zapomniałam jeszcze - KOTY! To było najfajniejsze. Mam z milion zdjęć z każdym innym, było tam mnóstwo kociaków. Wszystkie takie śliczne, że już jednego to chciałam zabierać na poważnie!

Brak komentarzy: